Opowiadanie:Guru
Z Otwarta Kultura
| Guru | |
| Typ utworu | opowiadanie |
| Główny, pierwszy autor | A_Bach & Kretor |
Guru
***
Była już 9-ta gdy wracał wreszcie do domu. Powłócząc wolno nogami zajął miejsce w kolejce po bilet na metro. Jego myśli błądziły swobodnie, o prezencie dla żony, którego jeszcze nie kupił choć powinien, o swoim wrednym szefie w pracy... Ponad to wszystko przebijała się zwykła ludzka złość. Nienawidził swojego domu, w którym mieszkał dwanaście długich lat, swojej wiecznie gderającej żony, a nade wszystko nienawidził pieprzonych polityków. Lecz nawet teraz, gdy groziło mu zwolnienie z pracy, ponieważ cholerny rząd znowu wymyślił restrukturyzację zatrudnienia, nawet teraz nie był skłonny wymówić choćby jednego złego słowa na nich. Wiedział dokładnie czym mogło by się to dla niego skończyć. Słyszał o tych nieszczęśliwcach którzy za dużo wiedzieli i mówili. Ci co mieli szczęście - znikali. O tych którym się nie poszczęściło nikt nie słyszał. Jak dla niego, to był wystarczający powód by siedzieć cicho. W czasie tych rozmyślań dotarł na swoją stację i zajął miejsce w pociągu. Metro szarpnęło ostro, ruszyło z ociąganiem, po czym zatrzymało się z westchnieniem ulgi.
- Znowu się psuje - pomyślał. – Na szczęście mnie to nie obchodzi. Ja mam dom, żonę, a oni mogą zrobić ze mną wszystko, nawet to czego nie potrafię sobie wyobrazić.
Tak rozmyślając znowu przypomniał sobie o tej nieszczęsnej poprawce do światowej konstytucji ustanowionej sześć lat wcześniej. Przeszła ona właściwie niezauważona, gdyż wydawać by się mogło, że niczego ciekawego nie wnosi. Słowa "Wszyscy ludzie są między sobą równi", zostały zmienione na "Wszyscy ludzie powinni być między sobą równi". I tak to się zaczęło. Najpierw wyrównanie wysokości płac, wykształcenia, warunków życia, a następnie wyrównanie wszystkiego czym człowiek może różnić się od człowieka. Na mocy konstytucji wszyscy mieli stać się między sobą równi. Niestety wyrównanie odbywało się do większości, czyli w dół.
Powoli mijała pora, która łączy wieczór z nocą, kiedy wreszcie dotarł do swojego osiedla. Przystanął jeszcze na chwile przed szybami sklepu z RTV by obejrzeć wieczorne wiadomości. Opisywali kolejne zamieszki antyrządowe.
- Ci idioci nie wiedzą z czym mają do czynienia - wyrwało mu się.
Światła przed domem były już zgaszone, a żona wciąż czytała w łóżku i nie chciała by coś jej przeszkadzało. Zjadł więc zimną samotną kolację i wszedł do sypialni. Zdjął z siebie przepocone ubranie szeregowego urzędnika państwowego i położył się obok żony. Próbował jeszcze ją objąć, ale usłyszał tylko - Nie mam dziś ochoty. Zapatrzył się więc na słabo widoczny sufit, czekając na zbawcze nadejście ciemności, która ogarnie jego umysł. W końcu się poddał i zasnął.
***
- "...idioci nie wiedzą z KIM mają do czynienia. Tak właśnie powiedział ten straszny człowiek sprzed sklepu. Wydaje mi się, że on chyba jest jednym z tych przywódców co protestują! Codziennie uważnie słucham wiadomości by móc rozpoznać jak któregoś spotkam, a on właśnie tak wyglądał. Już nie wiadomo jak tu żyć po Bożemu na tym strasznym świecie, gwałty, morderstwa, pederaści, terroryzm, a nawet niewidomi... Drogi Boże! Zło się na całym świecie rozprzestrzenia, nigdzie już nie ma tak jak dawniej... A on, tak stał i patrzył się dziwnie na tą wystawę, wyglądał podejrzanie, a ja drogi panie mam do tego nosa...”
Policjant powoli podniósł wzrok znad kartki papieru, zapisanej drobnym maczkiem tak lubianym przez donosicieli, a przez niego tak znienawidzonym. Wzrok już nie ten, a donosów coraz więcej. Szczególnie ostatnimi czasy. Szlag go już trafiał. Chciał tylko w spokoju dokończyć swój dyżur, a nie uganiać się za wydumanymi buntownikami. Z rozmyślań wyrwał go nagle entuzjastyczny głos:
- Kapitanie Rzesimski! Złapaliśmy kolejnych rabusiów, próbowali okraść sklep z zabawkami!!
- Że co??!! - odkrzyknął - No, tego to już za wiele - spojrzał na twarz młodego policjanta, która wyrażała stan przejściowy pomiędzy Małpą a Homo sapiens neendertaltis, malował się zaś na niej głupkowaty uśmiech od ucha od ucha.
- Jakbyśmy nie mieli wystarczająco dużo roboty - westchnął kapitan. Za nim któryś z policjantów wdał się w bójkę z jednym obwiesiem niedawno przyprowadzonym do komisariatu, inni policjanci zaś podeszli obstawiać zakłady kto wygra. Rzesimski ponownie westchnął, łyknął czarnej pseudo kawy z automatu, a następnie spojrzał ponownie na donos "anonimowej" staruszki.
- Może jeżeli odpowiednio do tego podejść, to da się coś z tego wycisnąć? - pomyślał. - Zresztą lepiej po mieście się włóczyć niż siedzieć tutaj z tymi kretynami - zawyrokował kapitan.
- Spiszesz tych "rabusi" - zwrócił się do swojego podwładnego - a ja pojadę w teren z sierżantem Borkowskim. - Na pewno Borkowskiemu też się nudzi - pomyślał. Jak postanowił tak też zrobił…
***
Miasto powoli przesuwało się za szybami szaro-zielonego cywilnego wozu, w którym Borkowski i Rzesimski spokojnie zajadali się pączkami, nie przerywając posiłku nawet na czerwonym świetle. Byli tak tym pochłonięci, iż ledwo dojrzeli kamienicę do której zmierzali. Dodatkowe kółko wokół osiedla pozwoliło im dojeść dodatkowe kalorie. Dzielnica ta owiana była złą sławą z powodu bezwzględnego „sąsiedzkiego monitoringu”. Policjanci nie chcieli nawet się zastanawiać jaki rumor wywoła ich wizyta w środowisku sąsiedzkim. Po pokonaniu kilku zagraconych schodów, stanęli przed drzwiami podejrzanego...
- Kto puka? - zapytał kapitan.
- Ja nie! – odpowiedział sierżant Borkowski
- A to niby dlaczego? Niby dlaczego ja mam wpadać w kłopoty? - przed oczami kapitana ustawiły się w kolejce wspomnienia kilkudziesięciu podobnych sytuacji.
- Bo jesteś mi winien lunch - Borkowski uznał przez to sprawę za załatwioną i pogrążył się w zadumie nad losem Indian w jego mieście, w liczbie populacji dokładnie dwunastu. Rzesimski westchnął zgadzając się niestety z trafną i głęboko argumentacją swojego kolegi, jak zwykle zresztą. Zrezygnowany podszedł do drzwi wyciągając swoją dłoń z pożółkłymi od nikotyny paznokciami...
***
Kierowca małego niebieskiego samochodziku Państwowej Telewizji, kurczowo trzymał kierownicę, sprawnie manewrując pomiędzy wolno jadącymi samochodami zdążającymi na przedmieścia.
- Dojechaliśmy już?! - krzyknęła pasażerka?
- Wolne żarty kobieto!! Staram się jak mogę - usłyszała w odpowiedzi.
- Taa! Jasne! Właśnie widzę jak się cholernie bardzo starasz. Wy faceci to potraficie tylko gadać i gadać, zaś jak przyjdzie co do czego, to kobieta odwala za was brudną robotę.
- Anka uspokój się do jasnej cholery! - mimo surowego tonu, kierowca był wciąż bardzo spokojny, nawet wtedy gdy przyszło mu jechać 100 km/h na drodze jednokierunkowej pod prąd. Znał Annę iż znał od jakiegoś już czasu i przeżył już niejeden wybuch jej „entuzjazmu”. Spojrzała na niego, a to co dostrzegł w jej oczach nie spodobałoby się nikomu. Jej spojrzenie można było porównać tylko do spojrzenia głodnego, zdesperowanego kota, który wywęszył właśnie nową puszkę karmy.
- Jak mam się uspokoić - odpowiedziała, ale już dużo spokojniej - skoro szykuje się taki rewelacyjny materiał!
- Rewelacyjny? - zaśmiał się - Mało już widziałem takich sytuacji?
- Ta jest inna, wyjątkowa... - uśmiechnęła się - to prawdziwy buntownik i terrorysta. Jego nie wykreowaliśmy. Mężczyzna zamarł na chwilę - Uważaj Anka co mówisz. Lepiej w ten sposób nie wyrażać się, bo można za to beknąć i nawet twój ojciec nie wyciągnie cię z takiego gówna.
- Nie mów mi o nim. Traktuje mnie wciąż, jakbym była małą dziewczynką. - spojrzała na niego z nutą kokieterii - A to że jest moim szefem nie znaczy że moje reportaże nie mogą być wartościowe, prawda? A może to chcesz zasugerować?
- Ok, ok już nic nie mówię, nic nie sugeruję, jestem tylko kamerzystą – stwierdził ucinając kłopotliwą dyskusję. - Lepiej się nie odzywać – pomyślał.
Samochód zaś powoli zbliżał się już do celu swej podróży...
***
Siedział w kuchni jedząc znów zimną kolację. Dziś na szczęście żony nie było. Wybrała się do koleżanki w odwiedziny, ale i tak nie poprawiło mu to zbytnio humoru. Kolejny nudny dzień w pracy, kolejny raz odmówili mu zmiany stanowiska. Już dawno powinien stracił cierpliwość. Włączone radio obrzucił właśnie kolejną wiązanką przekleństw, gdy do drzwi wejściowych ktoś zapukał.
- Kogo to nosi o tej porze? – zaczął mamrotać pod nosem. Nim dowlókł się do drzwi, pukanie rozległo się ponownie, wprawiając go w iście szewską pasję, a co przedtem wydawało się niemożliwe.
- Czego! – burknął, zaś takiej intonacji głosu nie powstydził by się nawet stróż nocnej zmiany, któremu zabrakło kawy. Dopiero gdy dostrzegł mundury policyjne, zmienił ton - Czego, eee... panowie sobie życzą? Na odpowiedź nie musiał długo czekać…
***
...a on powiedział, że mam miły wyraz twarzy, uwierzysz? Coś takiego! - Krzyknęła Maria podekscytowana - Po dwóch latach znajomości spodziewałabym się czegoś więcej! - po czym łyknęła sobie trochę lury którą przygotowała minutę wcześniej.
- Nie narzekaj, mogłabyś gorzej trafić - skwitowała jej koleżanka - na przykład wyjść za mąż - uśmiechnęła się gorzko.
- Olga moja droga czy ty musisz tak narzekać za każdym razem jak mnie odwiedzasz?
- Na moim miejscu byś też robiła to samo, nie dba o mnie, rzadko się wymyje, od piwska to ma już brzuch jak stodoła, i późno cały czas wraca. Na pewno mnie zdradza, tak perfidnie zdradza... pewnie o naszej rocznicy też zapomniał...
- Toż to zwykły chłop, pewnie ciężko pracuje, ale zgodzę się z tobą kochana, że nie staje już na wysokości zadania. Pewnie mu chorągiewka jeszcze dodatkowo tylko do połowy masztu się podnosi. To nie to co ten...no... ten taki przystojny i szarmancki z telewizji... ech marzenie.
Rozpoczęła się zwyczajowa rozmowa o przystojniakach z telewizji, oraz plotki i ploteczki. Byle by obgadać, kogo się tylko da. Trwało to sporą chwilę nim Maria podkręciła głos w swoim ukochanym telewizorze, z prawie wypalonym ekranem przez ciągłe oglądanie powtórek telenowel. Przez chwilę na ich twarzach pojawiło się zdziwienie, które ustąpiło miejsca przerażeniu. Nie mogły wydusić z siebie słowa przez kilka sekund, które wydawały się wiecznością
- Ola! Ty! To przecież twój mąż!
- Niemożliwe, mój przecież nie może być żadnym przywódcą ruchu oporu!!! Nie, nie to niemożliwe!!
- Niezłe z niego ziółko - odparła Maria - tyle cię oszukiwał!!
- Nie!! Jak to możli...
- A możliwe!! - wcięła się znów Maria - przecież w telewizji mówią, że był przywódcą Ruchu Oporu, a przecież telewizja nie kłamie! Masz czarno na białym!
Olga czuła jak wzrastają w niej na przemian gniew, strach i żal. Opadła na kolana chowając twarz w rękach - Tak, mmaszz rracjję - drżąc wyszeptała. Powoli zaczęła czuć jakby wszelkie emocje się w niej wypaliły, pozostawiając pustkę...
Koniec
Każdej nocy powtarzał sobie, że zawsze będzie nowy dzień. Może nie zaskakująco nowy, ale zawsze. Przynoszący nowe rozwiązania i odpowiedzi na pytania. Co noc powtarzał sobie że będzie lepiej naciągając kołdrę na głowę, lecz zwykle nie było inaczej, dzisiejszej nocy było - udało mu się pomyślał gorzko, udało ale co? Sam nie wiedział. Oskarżony o rzeczy o których zwykł słyszeć w telewizji czy też radiu. Tak, trąbią że jakiś ekscentryk wspiera finansowo antyrządowy ruch oporu, albo że jakieś indywiduum ujawniło się by podburzyć lud, że założyło siatkę i szykuje ataki terrorystyczne na niewinnych pracowników fabryk rządowych, albo że jakiś nowy mesjasz prowadzi ludzi do wolności... To by było na tyle różnych informacji, które zdołał wyłapać z plotek policjantów i trzeszczącego radia na komisariacie... O nic go nie pytano. Siedział tu sam w tych szarych czterech ścianach, za kratami, na starej pryczy. [Przynajmniej tutejszy kucharz więzienny gotował z deka lepiej niż jego stara]. Przez chwile próbował sięgnąć jej myślami lecz potem po prostu nakrył się kocem, szukając ucieczki jak z jednego snu w drugi. Nikt nie wie ile czasu minęło nim się zbudził by zobaczyć nieprzytomnych strażników swej celi i jakieś osoby ostro gestykulujące, chwytające go za ręce i ciągnące gdzieś długim ciemnym korytarzem w kierunku dzikiego zwierzęcego hałasu przypominającego z czasem głos wielu ludzi. Nie rozumiał, nie musiał, został pchnięty, uniesiony przez dziki wiwatujący tłum, w centrum uwagi, pomiędzy ludzi i ich głosy - Wiwat! Prowadź nas przywódco!!! Precz z wyrównywaniem. Niech żyje nasz wódz!! Jesteś wolny!!! - Wolny?? Ja? Pomyślał, od czego? dajcie mi spokój? - krzyczał - lecz nikt nie usłyszał jego zmęczonego głosu...

